piątek, 24 maja 2013

Violet || Sheinside Collage


bluzka/blouse - udobuy (exact here) || spódnica/skirt - h&m (similar here) || torebka/bag - nn (similar here) || sandały/heels - zara (similar here) || pierścionek/ring - asos (similar here) || bransoletka/bracelet - h&m (similar here)

Piękny pastelowy kolor i biel - połączenie idealne :) Bluzka, którą pokazywałam w zimie, doczekała się w końcu odpowiedniej pory. Trochę obawiałam się, czy nie będzie mi w niej za gorąco. Na szczęście składa się z siateczki i naszytych na niej róż z delikatnej, cienkiej tkaniny, a podszewka tylko chroni przed obtarciem, a nie grzeje. Kiedyś marzyła mi się taka bluzka w kolorze różowym, ale w końcu wybrałam fioletową, a teraz poszukuję jeszcze białej.
Chociaż dzisiaj pogoda za oknem nie koresponduje z powyższym zestawem, to przynajmniej na zdjęciach mam trochę słońca i ciepła, którym mogłam cieszyć się w zeszłą niedzielę.

***
A poniżej kilka moich ulubieńców ze sklepu sheinside.com




1. bluzka 2. top 3. bluza

poniedziałek, 20 maja 2013

H&M Dress || 18.05.13


sukienka/dress - h&m (similar here) || torebka/bag - oasap (exact here) || botki/boots - yeswalker (similar here) || pierścionek/ring - persunmall (similar here) || pasek/belt - river island (similar here)

Post ten miał zostać dodany wczoraj wieczorem, ale najzwyczajniej w świecie się zagapiłam, więc nadrabiam dzisiaj. Powyższy zestaw jest wynikiem braku kompletnej garderoby w jednym miejscu. Kiedy mieszka się w dwóch miastach okazuje się, że pasujące do siebie elementy nigdy nie są tam, gdzie być powinny. Buty gdzie indziej, torebki w innym miejscu, a kurtki jeszcze w innym. Najczęściej kiedy patrzę na ciuchy, które mam przy sobie i próbuję dopasować je do odpowiedniej okazji i pogody za oknem, to  stwierdzam, że nie wiem, co ja sobie myślałam, jak się pakowałam. 

piątek, 17 maja 2013

W pogoni za trendami


spódnica/skirt - oasap (exact here) || swetar/sweater - h&m (similar here and here) || kamizelka/vest - choies (similar here) || blotki/boots - bershka (similar here) || bransoletki/bracelets - h&m (similar here)

Czasami nachodzą mnie nostalgiczne myśli na temat tego, czy jestem osobą goniącą za trendami. Nigdy nie przykładałam większej uwagi do tego, czy jestem postrzegana jako osoba posiadająca własny styl, czy też ubierającą się w to, co akurat modne. Sama też nigdy nie dokonałam oceny własnej osoby pod tym względem. Mimo to prowadzę bloga, które chcę nazywać modowym (w znaczeniu: związany z modą, a nie: o modzie), więc, chociaż nie zajmuję się high fashion, nie śledzę najnowszych pokazów i nie znam większości projektantów, to z racji bycia blogerką interesuję się trendami. W czasach przed prowadzeniem bloga również mnie do nich ciągnęło. Zawsze byłam ciekawa, co nowego tym razem wymyślą i krótko mówiąc przyciągają mnie ładne rzeczy.
Kiedyś moje podejście do ubrań było inne, nową rzecz kupowało się raz kiedyś i często głównym powodem była potrzeba i zmieniająca się pora roku. Moja szafa nie była przepełniona ciuchami, o których połowie zwykle nawet nie pamiętam. Jak miałam coś, co mi się podobało, to nosiłam to aż do znudzenia, albo zniszczenia. Mieszkając w mniejszym miasteczku nie miałam dostępu do tych wszystkich sieciówek, do których obecnie zaglądam. Kilka sklepów na krzyż, wyprawa do Wrocławia na zakupy co kilka miesięcy. Na tej podstawie i z kilku informacji, jakie można było znaleźć w internecie, budowałam moje wyobrażenie na temat aktualnych trendów i mody.
Po przyjechaniu do Wrocławia już na stałe, zachłysnęłam się dostępnością ogromnej ilości ubrań. Pod ręką co chwilę pojawiające się nowe kolekcje, nowe modne wzory, kroje i kolory. Wszystko dookoła krzyczące wręcz, że trzeba to mieć. Kiedy zaspokoi się już pragnienie i kupi bluzkę w najmodniejszym stylu, to nim zdąży się nią nacieszyć, pojawia się coś nowego, nowy trend i znowu potrzeba zostaje rozbudzona. W sumie to całkiem ciekawie pomyślany mechanizm. Kiedyś kiedy moda nie zmieniała się tak szybko, można było z czasem zaopatrzyć się w rzeczy, które nam się spodobały. Teraz co trzy miesiące trzeba wymieniać całą garderobę i to, co jeszcze pół roku temu było absolutnym must have, staje się czymś, czego trzeba się jak najszybciej pozbyć, żeby nikt nie powiedział, że jesteśmy so last season.
Nie wiem czy wy też tak macie, ale mnie większość nowych trendów szybko przypada do gustu. Ale czy to już znaczy, że ślepo podążam za modą? Według mnie nie, bo ta część nowości, która mnie się nie podoba, sprawia że nie jestem fashion victim. Nie założę też czegoś, w czym bym się źle czuła, lub źle wyglądała, nawet jeśli na wieszaku, albo na kimś bardzo to mnie się podobało. Choć, często w takich przypadkach próbuję się przymierzać do niektórych rzeczy i starać się ugryźć je na swój sposób i dopasować je do mojej osoby.
Powoli zbliżając się do końca mojego długiego wywodu, muszę jeszcze powiedzieć, że nie podoba mi się wpadanie w skrajności, ani noszenie czegoś tylko dlatego, że ktoś powiedział, że to w tym sezonie jest na topie, ani postawa, że jeśli coś, co mnie się podoba, nagle stanie się modne, to się tego pozbywam, bo nie chcę wyglądać jak inni. Kolejny raz wygrywa złoty środek. Trzeba nosić to, co nam się podoba, nie zważając na to, czy to jest modne, czy nie. Trendy są atrakcyjne i przede wszystkim są dla ludzi. A jeśli zdarzy się, że jednego sezonu chcemy wykupić zawartość całego sklepów, bo to, co proponują bardzo nam przypadło do gustu, to nie ma co się przejmować opinią obcych ludzi. To my mamy się dobrze się czuć z naszym wyglądem. Ubieranie się zgodnie z trendami to nie zbrodnia, ale osobisty wybór każdego. I nawet jeśli ktoś wygląda jak manekin z sieciówki, to krzywdy nikomu tym nie robi.
Ja więc już dawno przestałam przejmować się tym co ludzie powiedzą i z tego powodu nie zakładać czegoś, co bym chciała. Są w życiu ciekawsze rzeczy do robienia.
Lubie trendy, gonie za tymi, które podbiją moje serce, do niektórych się przymierzam, bo czasem chcę spróbować nowych rzeczy. Ich zmienność sprawia, że nigdy nie jest nudno i zawsze można liczyć na to, że przy nowej kolekcji coś nas znowu zachwyci.

środa, 15 maja 2013

City Look

 

spódnica/skirt - h&m (similar here) || bluzka/top - atlantic (similar here) || szpilki/heels - zara (similar here) || naszyjnik/necklace - cubus (similar here) || pierścionek/ring - glittter (similar here) || torebka/bag - river island (similar here)

Po dwóch ostatnich postach do czytania, dzisiaj typowo do oglądania. Ale za to szykuję dłuższą notkę na najbliższy czas i prawdę mówiąc nie chciało mi się dzisiaj zbierać do kupy moich wypocin i redagować ich tak, żeby ułożyły się w jedną sensowną całość.
A na zdjęciach spódnica, mój pierwszy łup zakupiony na szafie około dwa lata temu (nim portal zszedł na psy), bluzka, którą nosiłam w liceum, potem pozbyłam się jej, a ostatnio wykradłam szafy mamy i szpilki, główny bohater poprzedniego wpisu

poniedziałek, 13 maja 2013

MISSION (IM)POSSIBILE: WHITE HEELS IN WROCŁAW

szpilki - zara

Pierwsza reakcja moja i koleżanki, kiedy rozpakowałam pudełko z białymi szpilkami, była następująca:
- Jakie białe!
- Jak do komunii.
- Jak do ślubu.
- Jakie wysokie! - Nie takie wysokie, do dziewięciu dam radę.
- Jakie wycięte!
- Gdzie ja będę w nich chodzić ?!
- Przecież je zaraz zniszczę!
- Wrocławska kostka zaraz je wykończy!
***
Dwa dni później. Klamka zapadła, zakładam białe szpilki i wychodzę na miasto zmierzyć się z wrocławskim brukiem, krzywymi chodnikami i często zupełnym ich brakiem. Pora i trasa dokładnie zaplanowane. Tramwaj ma mnie uratować przed dłuższym chodzeniem i gorszymi odcinkami. Wychodzę, znajduję się pod obstrzałem ciekawskich spojrzeń, jakbym uciekła właśnie sprzed ołtarza, niektórzy się uśmiechają, inni krzywo patrzą, idę starając się zachować równowagę i nie zaczepić obcasem już podczas pierwszych kroków - udało się, dotarłam do skrzyżowania, przede mną kilkaset metrów do celu. Droga, którą codziennie przemierzam w kilka minut, zaczyna dłużyć się niemiłosiernie. Do tej pory prosta i równa wije się, zasadza się na mnie z dziurami i pojawiającymi się znikąd przeszkodami. Na miejscu nie lepiej, płytki wyślizgane latami przez tabuny studentów pokazują swe zdradzieckie oblicze, kiedy mają do czynienia z gładkimi jeszcze podeszwami. Prześlizgnąwszy się do sali siadam bezpiecznie w mojej ławce, jeszcze szybkie oględziny - nic się nie stało - przetrwałam pierwszy chrzest bez żadnego zadraśnięcia. Teraz już pójdzie jak za płatka. Nic bardziej mylnego. Moja sprytny plan oszukania miasta zostaje brutalnie zmiażdżony przez roboty drogowe i wielki wykop w miejscu, w którym jeszcze rano była prosta droga. Nici ze złapania tramwaju, muszę iść na kolejny przystanek asfaltowym chodnikiem czując, jak w narastającym upale topnieje on pod moimi stopami. Omijam chodniki, idę ulicą i już widzę cel przed oczami, jednak zostaję znęcona wizją posiedzenia w słoneczku i lodami. Zwodzi mnie ona w samo serce królestwa kostki brukowej - na rynek, tu żaden obcas nie ma szans. Na palcach, po większych kamieniach przedzieram się do upragnionej ławki. Staram cieszyć się czekoladą i nie myśleć o drodze powrotnej czekającej na mnie za kilkadziesiąt minut, jeszcze zbaczam na zdjęcia i gotowe, mogę odetchnąć w bibliotece, wśród kurzu wiekowych książek. Powrót nie wydaje mi się już taka straszny, mało tego wybieram najgorszą możliwą trasę. Zadowolona trafiam w końcu do domu. Oglądam uważnie fleki, obcasy, pięty i czubki - stan idealny! Mission accomplished! Ja : Wrocław - 1:0 ! 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...